Jestem króliczkiem, a dokładnie dziewczynką o pięknych długich włosach, niczym leśna rusałka....
Ok z ta rusałką przesadziłem, ale w zamian posiadam piękne poetyckie imię: Wincenty.
Wiem sprawa jest dość kontrowersyjna, ale w mojej rodzinie zaczyna być to tradycją.
Jeszcze do tej sprawy wrócę później...
W związku iż pasjonuje się dziennikarstwem, no a dokładniej gryzieniem gazet :) pomyślałem,
że mogę podzielić się z Wami moimi radościami i smutkami. Jeszcze ciężko idzie mi stukanie
pazurkami w klawiaturę, ale Monia mówi mi, że to kwestia wprawy.
A jak klawiatura nie będzie współpracować to przegryzę kabel i się skończy.
Rany dobrze że Monia nie czyta w moich myślach, bo na tym moja praca twórcza by się skończyła,
a przecież mam tyle do powiedzenia.




* * *




Mógłbym zacząć w tym miejscu przytaczać anegdoty z mojego życia, ale będzie jeszcze na to czas.
To miejsce w moim pamiętniku należy się mojej Best Friends : Miszelce.
Kiedy trafiła do naszej rodziny mało szału nie dostałem. Ja jedynak - oczko w głowie -
nagle musiałem się wszystkim dzielić, z małą białą włochatą kulka, podkakującą zupełnie jak piłeczka
pingpongowa i na dodatek lepiła się do mnie brrrr...
Miałem misje - pokażę kto tu rządzi. Natychmiast plan wcieliłem w życie i wytrwale go kontynuowałem,
a włochata kulka?! Cóż podkradała mi jedzenie, siulała do kuwety (mojej prywatnej!!!)
i ciągle próbowała się do mnie przytulać i przytulać.
Oczywiście wtedy brałem nogi za pas i już mnie nie było:).
Odpuściłem.
Mam duże królicze serduszko, więc nie było innej możliwości, pokochałem Miszelkę.
Oj jeszcze nie raz opowiem Wam jakie wspólnie mieliśmy przygody.
Jak już na coś mnie namówiła, to jedno było pewne MIELIŚMY POWAŻNE KŁOPOTY.

Samodzielna i niepokorna, nawet odeszła nie pytając mnie o zdanie.

Strasznie tęsknię... ale kiedy tylko nadejdzie wiosna będę Cię odwiedzać na działce... kiedyś znów razem pobrykamy.

Miszelka




* * *



05.02.2010


Nie wiem czy wypada, czy nie, chwalić się takimi - typowo króliczymi sprawami...
ale w końcu to pamiętnik więc...
Większość króliczków wie, że czasem zdarza się nam zrobić koraliki (zwłaszcza często angorkom).
Tym razem pobiłem rekord, siedem bobków połączonych sznureczkiem.
Zawsze kiedy robiłem koraliki (oraz zapobiegawczo) dostawałem kiwi, lub pyszną pastę odkłaczającą.
Ale dochodząc do sedna sprawy... Tym razem dostałem dodatkowo FANTASTYCZĄ NOWĄ SZCZOTKĘ.
Rany jak ona smera po plecach. Monia długo szukała odpowiedniej, ale ta...
spełnia normy nawet króliczej Unii Europejskiej.

szczotka dla królików




* * *



10.02.2010


Po śmierci Miszelki nie było ze mną dobrze. Zapadła decyzja i w domu pojawił się Konstanty.
Było mi wszystko jedno, więc nie byłem negatywnie nastawiony.
Kiedy wszedł do pokoju oniemiałem - rany, co to?! uszy?!
No uszy!!! Bo co innego, jakieś takie przerośnięte, ale nie ma się co śmiać , to raczej nic
fajnego iść i ciągnąć za sobą uszyska. Przecież można np. się potknąć.
Idę, przywitam się, na pewno dzięki temu poczuje się swobodniej. Ma szczęście że z Nami zamieszka,
choć pewnie jeszcze o tym nie wie.
Dla niego to kolejne nowe i obce miejsce.
Podchodzę, a Kostek w nogi i tyle go widziałem. Co jest?! - myślę - przeczesałem łapką pyszczek i łepek,
by sprawdzić czy fryzura w porządku. Co jak co, ale takiej ilości nieujarzmionych włosów mógł się
przestraszyć hi hi. Ale to nie to.
Następnego dnia, nim zrobiłem kolejne podejście, by się bliżej poznać, Moni wytłumaczyła mi powody jego lęków. Kostek miał dziurę w uchu, która już się powoli zaczynała zarastać. Monia podejrzewa, że króliki
z którymi przebywał musiały go atakować.
Biedak - pomyślałem. Potrzebuje czasu by przekonać się, że ze mną będzie mu dobrze.
No i jest :)

królik Kostek




* * *



20.02.2010


Hmmm , dziś dzień nie najlepiej zakończył się dla Kostka. Biedak pobrudził sobie kupą łapki,
przednie i tylnie - cekotrofy.
Jeszcze o tym nie wiedział, ale to oznaczało ich mycie.
Patrzę, idzie Monia z miską pełną czystej wody (wiem bo zdążyłem zajrzeć) .
Z klasą się wycofałem w odległą część pokoju, bo po co prowokować los?!
Kiedyś też upaćkałem sobie tak łapkę :) (oj wielka rzecz, każdemu się może zdarzyć).
Zacisnąłem ząbki i pozwoliłem sobie ją wyczyścić. Dobrze że cały nie musiałem wchodzić do wody,
bo nie mam pewności, jak u mnie wygląda sprawa pływania. Uwaga wystosowuje apel: KRÓLICZKÓW SIĘ NIE KĄPIE!

Kostek miał bardziej utrudnione zadanie, brudne były wszystkie 4 łapki.
Ale Monia ma podejście, łapka do wody = kawałek suszonej marchewki.
Następnie ta sama łapka na ręczniczek i wycieranie, a to się = kolejny kawałek suszonej marchewki.
Tak przy wszystkich 4 łepkach!
Wiecie co sobie pomyślałem?... Gdyby ten cekotrof stał na mojej drodze, to teraz ja bym
jadł tą suszoną marchewkę:).




* * *



02.03.2010


Czasem słucham razem z Moni wiadomości i tyle się teraz mówi o podsłuchach, donosach i
ukrytych agentach. Brrrr. . . bardzo to nie fajne. Nie powiem, zdarzyło mi się donieść na Miszelke.
Kiedy wskoczyła na szafę, A NIE WOLNO TEGO ROBIĆ! NO!
Rano wrócił do domu Krzyś, po nocnej zmianie. Otworzył drzwi pokoju, pobiegłem szybko się przywitać,
a następnie równie szybko pobiegłem na środek pokoju, usiadłem i wpatrywałem się na szafę,
gdzie siedziała Miszelka. No i podążając za moim wzrokiem Krzyś namierzył Miszel.
Ale to było tylko raz, nie umiałbym zachowywać się tak na dłuższą metę - KOCHAM CIĘ MISZELKO!
Wracając do sprawy, to zastanawiało mnie, czy aby ja nie mam u siebie w domu "ukrytego agenta"?!
Tak, dobrze myślicie. . .- Kostek.
On wszędzie za mną chodzi, prawie krok, w krok.
Czasem nawet do kuwety!
A przecież to bardzo intymne miejsce.
Zażądałem konfrontacji - ja - Kostek - Moni.
Okazało się, że Kosiu bardzo mnie kocha, jestem starszy i bardzo mu imponuje wszystko co robię.
Chodzi za mną, bo zawsze chce być przy mnie i robić to co ja.
No i to wyznanie bardzo mnie zawstydziło, jak mogłem się tak pomylić.
I na dodatek dostałem karę, zakaz oglądania TV z wyjątkiem "Mody na Sukces", uffff :).


Od siebie - myję Kostkowi uszyska w ramach przeprosin, a widzieliście ich rozmiary no nie?! :).
Oj marny ze mnie detektyw, choć marchewkę wywącham wszędzie.





* * *



07.03.2010

Mija kolejna mroźna niedziela. Rany nawet nie mam siły rozwalić kolejny karton i poczytać
ulubioną gazetę. Dobrze że w swoim pokoju mam kaloryfer.
Oj!!! Jak on się przydaje, zwłaszcza w takie dni jak ten.
Jest jeden szkopuł - wysoki ten kaloryfer, a na jego szczycie, na szmatce suszą się kawałki marchewki i pietruszki.
Niby grzeje plecki, ale nie mogę się na tym skupić. A jak już zasnę to zgadnijcie co mi się śni? :).
Nie mogę zrozumieć dlaczego ta zima znowu wróciła.
Widziałem już łąkę pełną mleczy i ja...

Królik miniaturka




* * *



22.03.2010

UWAGA! Wnoszą do naszego pokoju ogromne pudło.
A skąd wiem że ogromne?! Bo wyliczyłem, że takich jak "ja" by się tam zmieściło z 50-ciu.
Pierwsza myśl - mamy gości :( A te pudła to ich bagaże?
Tyle pytań i brak odpowiedzi.
Nie lubię jak mamy gości. Hałas i gwar, robią bałagan w naszym pokoju, a ja chodzę i sprzątam.
A na dodatek potem się na mnie złoszczą, że niszczę rzeczy gości . . . błędne koło. . .
Ostatnio Moni już powiedziała gościom, że zostawiają swoje rzeczy na własną odpowiedzialność.
Dlatego właśnie ich wszystkich nie lubię - najlepiej niech nikt do nas nie przyjeżdża.



Moje obawy związane z pudłem się nasiliły, musiałem się przespać, takie myślenie jest niesamowicie meczące.
Może jak się obudzę, to jego już nie będzie:).



"No Way", wstałem i co? Fatamorgana, pudło stoi.
Obszedłem je na około (Kostek ochraniał tyły) i wyczuliśmy przyjemny zapach.
Hmmm . . . rzekomi goście mają całkiem apetyczny gust :)



Po południu stanąłem z moimi lękami oko w oko. Pudło zostało otwarte. Serce biło mi z prędkością, chyba nawet światła.
Zapach rozniósł się po całym pokoju.



Lęki znikneły, a dźwięk głosu Moni, "że to wszystko jest nasze" jeszcze teraz wywołuje u mnie dreszcze, od pazurków, po sam ogonek. Królik miniaturka Królik miniaturka


Ps. Wiecie co robiliśmy?! Wskakiwaliśmy z Kostkiem na krzesło,
a z krzesła do pudła. Było super, do czasu aż zobaczyła Moni i wtedy nasza zabawa się skończyła.




* * *



29.03.2010

Na dworze zaczyna się robić ciepło (NARESZCIE).
Część króliczków zacznie chodzić na spacery, na zieloną trawkę (pyszna trawkę:) ).
Wszystko to brzmi cudownie, jednak ku przestrodze opowiem Wam historię, która przydarzyła mi
się w sumie dość dawno, ale pamiętam ją jakby to było wczoraj.
A więc . . .
Mam to szczęście, że mieszkam w górach, a co za tym idzie latem mam pod noskiem "Alpejskie" łąki,
pełne trawki i mleczyków.
W tej sytuacji grzechem by było z tego nie korzystać.
Więc całą rodziną (jeszcze wtedy byłem sam, bez Miszelki i Kostka), w piękny słoneczny dzień,
wybraliśmy się na piknik.
Piękna górka. Wyglądała, jakby byłą wyłożona zielonym dywanem w żółte kwiatki.
Rozłożyliśmy koc pod samym szczytem - widoki piękne, a ja nie umiałem się zdecydować, którego
zjeść mleczyka.
Wszystko brzmi pięknie, prawda!? - ale tylko do czasu.
Siedząca na kocu Moni, zernęła za siebie (niesamowita sprawa, bo przecież zazwyczaj wylegując
się na kocu , nie ogląda się za siebie).
A tam nad samą trawą, leci w nasza stronę ogromne ptaszysko.
W ułamku sekundy Moni mnie chwyciła i mocno przytuliła do piersi. Ptaszysko przeleciało tuż nad naszymi głowami.
Jeśli o mnie chodzi, to mało nie zabobkowałem całej łąki, ze strachu :).
MONI URATOWAŁA MI ŻYCIE!!!
Tego dnia, jak nigdy, nie rozstawałem się z kolanami Krzyia. W grupie zawsze bezpieczniej :), no nie?
Okazało się że to był prawdopodobnie Myszołów, który krążył jeszcze pod pokrywą nieba. Królik miniaturka Królik miniaturka


Dlatego wszystkie kochane króliczki, pamiętajcie, że na dworze, czyha na nas mnóstwo niebezpieczeństw.
Zawsze przebywajmy pod czujnym okiem i opieką naszych kochanych "przybranych rodziców".




* * *



30.04.2010


Dziś potencjalnie zwykły dzień, stał się bardzo, bardzo ważnym dniem.

Wieczorem (wczoraj), do pokoju Moni wniosła wór ziemi i doniczkę.
Hasło: będziemy sadzić kwiatka dla Miszelki.
Pięknie pachniał, jejku jak ja musiałem się powstrzymywać żeby go nie skubnąć, taką miałem ochotę :).
Na szczęście na czas się opanowałem. W końcu on nie był mój, był jej - biały jak Ona.
Stanie na działce, na jej grobie.
Będzie symbolem, którego sens zna tylko nasza rodzina. Wszyscy będą widzieć kwiatka - my Miszelkę.

Dziś wiem że jest rana, która nie jest w stanie się zagoić. Pozostanie już zawsze częścią mnie.
I choć boli, to jest cieniutką uprzędzoną niteczką, która łączy mnie i Miszelkę.
Nam ciągle się wydawało, że jeszcze mamy czas...
Czas na przytulanie, na kolejne przekopywanie piaskownicy, na kolejną grę piłką...
Dziś wiem, że nie ma czasu... Nie ma...
Nie odstępował bym ją na krok, przytulał milion razy na dzień, a w piłkę grał do białego rana,
gdybym tylko wiedział że nie mamy czasu.
Tak okropnie tęsknię.
Pisząc to znalazłem biały włos na ołówku i choć pewnie należy do Kostka, dla mnie jest ZNAKIEM od Miszelki.
Ona też o mnie myśli!

Królik miniaturka Królik miniaturka






* * *



24.05.2010


Oj nie znoszę tej bestii.
Na sam dźwięk jego nazwy, jeży mi się moje mięciutkie futerko.
Nie zaprzyjaźnię się z nikim, kto kocha tą bestie. Fuj, fuj i... Fuj.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest podstępna i bez skrupułów wykorzysta każdą sposobność,
żeby zaatakować.
Trzeba być czujnym... ale kiedyś tego nie wiedziałem.

Wjeżdża do pokoju jakiś "gość" z okropnie długim nosem. A co tam - myślę, lecę się przywitać,
w sumie możemy rozmawiać na tym samym poziomie, oko w oko.
Oj nie mogę pogodzić się z moją naiwnością :(
Dobiegam do niej, a ona jak nie ryknie "buuuuu..."
A jej długi nos zaatakował czubek mojego ucha. Prawie zemdlałem. Gdyby nie mamusia bestia pożarłaby
moje uchu, a może i nawet mnie całego, brrrr...

Teraz jestem już mądrzejszy. Pokój należy do mnie! I ten długi nochal nie ma prawa wychodzić z szafki,
kiedy ja brykam. A jak przychodzi wieczór i wychodzi bestia, aby zjeść z pokoju resztki mojego siana,
kupek i innych paprochów, które pozostały z naszych zabaw (moich i Kostka), ja wskakuję na pufę,
skulam się i udaję, że jej nie widzę. To się nazywa schodzenie sobie z drogi...
A tak naprawdę jak ją widzę to trzęsą mi się pazurki...

Królik miniaturka






* * *



03.06.2010


Lubię wieczory. Mamy taki rodzinny rytuał. Najpierw z Moni sprzątamy (bestia je).
Potem kolacja i na koniec... bite 2 godziny zabawy i przytulasów.

Wczoraj np. było super, bawiliśmy się w "Wincent in military".
Prawda że brzmi intrygująco? :).
Monia zbudowała nam bunkier, ciemny i niezwykle ciasny. Na dodatek cały zabarykadowany.
Cóż trzeba stanąć na wysokości zadania - nie takie tunele się w życiu kopało.
Mam spore ułatwienie, moje futerko jest takie militarne - incognito - prawie jak moro.
No to do dzieła! Zaczynam kopać - cel udrożnienie korytarza.
Nie jest lekko, dużo tego - misie, piłki, szmaty - rany co za wojska tu stacjonowały.
Usłyszałem cichy szmer - Winuś - to Monia.
Wsadziłem nos w szparę by jednocześnie pokazać współrzędne w których kopię. Ciemność ciemnością,
ale mój nos jest bardzo wyrazisty, taki fluorescencyjny, O! Monia przed bunkrem, leży na partyzanta,
ochraniając tyły.

Wydaje się, że wszystko idzie dobrze... chwila nieuwagi - coś zakopuje mnie w tunelu. TO WRÓG! Przycupłem,
grunt to zachować zimną krew. Przeczekam, a potem spokojnie odkopię wejście. Takie rzeczy się zdarzają.
Kiedy już byłem pewny że po sprawie, nagle - hałas, atak! Przyparło mnie do ściany - zaparło dech - świat zawirował.
Kostek rozwalił drzwi bunkra, staranował wszystko i wyszedł drugą stroną...
Parsknałem - kobiety... a mówił że się nie bawi.




* * *



15.07.2010


Niedługo będę mieć 3 latka, więc dużo już widziałem i przeżyłem.
Byle co już nie jest w stanie zwalić mnie z nóg.
Co innego Kostka. Ja wiem co to jest "LATO".
Wiem też, że jego konsekwencją jest "UPAŁ".
Cóż MoniŚ wytłumaczyła mi, że tak już po prostu jest. Każda pora roku ma swoje plusy i minusy.
Sztuką jest sobie z nimi radzić.
Kładę się na zimnej ceracie, albo pod kaloryferem (ha ha, ale zimnym).
Moniś zawsze otworzy okno na rozszerz i zasunie roletę.
Wtedy w pokoju robi się taki "chłodny półmrok", bardzo przyjemny zresztą.
Wiem że nie tylko nam jest gorąco :).

Oczywiście nie jestem samobójcą i w ciągu dnia nie wychylam na dwór nawet czubka własnego wąsa.
Koło 20.00, już jest całkiem przyjemnie i wtedy zdarza się, że wyskoczymy bawić się w podchody do ogrodu.
Oczywiście ja bawię się wtedy o wiele lepiej niż Moniś. Chowam sie, a Moniś próbuje mnie znaleźć - aby zabrać mnie do domu.
Na koniec podchodów zawsze jestem obrażony, a Moniś ma zadyszkę.
Zabawa w podchody, to akurat plus LATA.

Wracając do sprawy to chciałem wspomnieć, jak ciężko UPAŁY znosi Kostek.
To jego pierwsze lato i chłopak nie był na to przygotowany. Daję mu oczywiście różne rady, ale dla niego to za mało.
Dochodzę do wniosku, że on po prostu jest słabszy psychicznie, niż ja :).
Pocieszam go: "Kosiek, to Twoje pierwsze lato, na następne już będzie lepiej, nabierzesz doświadczenia, będziesz starszy" - WYŚMIAŁ MNIE :(.

Kostek i wilgotny ręcznik.

Królik miniaturka Królik miniaturka






* * *



19.09.2010


Wbrew pozorom wszystkie króliki mają swoje zainteresowania.
Rodzice powinni bacznie obserwować swoje małe króliczki, często bowiem już wtedy rodzi się w nich pasja,
która często zostaje na całe życie.

Ja w dzieciństwie lubiłem różne zabawy, różnych rzeczy próbowałem, nim doszedłem do czytania prasy.
Tak to było to! Czytałem w takim tempie i tak dokładnie, kawałek po kawałeczku aż zostawały strzępy.
Czysta ekscytacja! Rodzice nie nadążali z kupnem gazet.
Bezdyskusyjnie wybrałem wydział Wyższej Szkoły Dziennikarstwa.
Ewidentne pasmo sukcesów, nazwany szkolnym prymusem, co rusz odbierałem dyplomy i wyróżnienia.
Tym sposobem na koniec szkoły otrzymałem tabliczkę:
mgr Wincent - krytyk dziennikarstwa.

Miszela w sumie od maleństwa nie mogła zaakceptować świata w pełni, takim jakim był.
Gdy stała budka, dla mnie ona po prostu tam była, miałem gdzieś, czy tam powinna,
czy raczej nie powinna być.
Ale Miszel, ona już widziała ją w innym miejscu i w innej postaci.
Rzeczy, których ja bym się w życiu nie podjął, ją pasjonowały. Władała tak niesamowitym umysłem,
gdy za coś się brała nie było siły by ja zatrzymać.
Rodzice oczywiście zaakceptowali jej pasję, a następnie wybór edukacji na Wydziale inżynierii.
Ciężko im było o tyle iż Miszel co rusz podejmowała wyzwania,
które ogarnąć mógł tylko ścisły umysł inżyniera.
Jako pracę magisterską zdecydowała według własnych obliczeń wykonać
w dwóch identycznych koszykach niemal identyczne wyszczerbienia.
Chyba nie muszę nic mówić więcej...
Królik miniaturka
Inż. Miszel
I will never forget!


Konstanty również od małego pokazał rodzicom do czego ma talent i pasję.
I tu zaczynają się schody. Rodzice kategorycznie odmówili pozwolenia na kształcenie się w tym kierunku,
bowiem Kostek postanowił zostać kaskaderem!
Oczywiście ma wszystkie potrzebne cechy, by być "perfekcyjnym kaskaderem".
Jest porywczy, szybki, zdecydowany i niezrównoważony.
I patrząc na jego wyczyny w pełni rozumiem decyzję rodziców. Wy pewnie też.
A Kostek - cóż, nie daje za wygraną, wyczynia takie akrobacje, że tylko słychać w domu krzyki... "Co Ty wyprawiasz...!" ;
"Połamiesz nogi...!" ; "Złaź stamtąd...!"
cdn...




* * *



31.12.2010


Przechodzę ostatnio kryzys twórczy.
Podobno zdarza się nawet najlepszym. Nie żebym nie miał o czym pisać, bo wiele się ostatnio działo,
ale brak mi "mocy", która pomagała ubrać uczucia w slowa.
Są tacy, co mówią że wszystko można kupić - właśnie znalazłem kolejny dowód na obalenie tej teorii.
No bo gdzie przepraszam mam się zgłosić by kupić "wenę", "natchnienie"?
Może czasem trzeba napisać o niczym, by potem znów pisać z sensem?
Albo jeszcze nie jedna klawiaturę pogryźć, by "moc weny" wróciła?
Może i "moc" by wtedy wróciła, ale pisać bym musiał chyba na kartonie ołówkiem:)

Dobro przeplata się ze złem i na odwrót.
Powrót weny - dobro.
Kara za zniszczenie klawiatury - zło.

W domu stoi piękna choinka, ze światełkami, które dosłownie mówią do mnie, zachęcają bym skosztował
pięknej plątaniny cienkich zielonych kabelków.
Do tego kilka dni temu w środku nocy włamał się do domu starszy Gość, ubrany na czerwono
(nie zaimponował mi tym wdziankiem, wcale), z długą brodą(zastanawiałem się, czy mu się nie kołtuni,
ale nie miałem odwagi zapytać).
W sumie całkiem miły, choć nie proszony. Zwierzył się, że ma robotę, coś w stylu listonosza.
Przywiózł nam z Laponii domek z wikliny. Taki mały apartamencik z tarasem.
To od rodziców. Mógłbym zagłębiać się w rozmyślania, dlaczego fatygowali Gościa z Laponii zamiast
przynieść prezent sami, ale wolałem ta energie poświęcić na zwiedzanie chatki.

I mamy kolejny przykład.
Gość jadący w zimie z Laponii - zło (na 100% zmarzł).
Nasza radość - dobro.


W ciągu minionych dni była również pierwsza rocznica śmierci Miszelki - ZŁO
Królik miniaturka



I pierwsza rocznica urodzin Kostka- DOBRO.

Zdjęcie paszportowe Kostka.
Królik miniaturka

Na dziś stawiam kropkę.




* * *



14.08.2011


Jest wiele akcji mających na celu ratowanie zwierząt, choć niestety ciągle jest ich za
mało w stosunku do potrzeb. I nie mówmy, że "my jedni sami" nic nie zdziałamy. Zwracajmy
uwagę na to co nas otacza, np. mamusia jak myje podłogę, a idzie po niej mały pajączek to
czeka aż przejdzie i dopiero kontynuuje mycie. Ja tam do pajączków nic nie mam jeśli są małe
no i podstawa - jeśli nie korzystają z mojej kuwety.

Wracając do sprawy, to ja z drobną pomocą zająłem się ratowaniem konika ( HA zdziwieni?),
tzn. pasikonika, który nie wiadomo jak został uwięziony pod kopułą klosza naszej lampy.
Zlokalizowanie tajemniczego dźwięku zajęło nam 2 dni. Potem mimo zaskoczenia trzeba było wziąć
głęboko wdech i wydech i zabrać się do roboty.
Klosz strasznie ciężki, przymocowany jedną toporna śrubą. Tato odkręca, ja stoję przy nodze:
- Winuś uciekaj szybko - stoję twardo,
- Winuś uciekaj, bo nie daj Bóg to spadnie... - nigdzie się nie ruszam, ryzyko jest, wiem, ale nie
mogę się wycofać.
- Dam radę tato! - zostaję.
Mama asystuje przy oknie. Firanka podwinięta, okno otwarte, śruba puściła, teraz powoli-powoli do okna.
Z tatą wystarczyło spojrzenie by wiedzieć, kto transportuje konika do okna, a kto osłania tyły.
Ile emocji! Szczęśliwie pasikonik tego wieczora znów zagrał, ale z donicy z lawendą, po drugiej
stronie okna.

Wszystko dobrze się skończyło.
Byłem twardy, nie możecie zaprzeczyć!
Królik miniaturka




* * *



04.12.2012


Postanowiliśmy napisać list do Św. Mikołaja.

Szanowny Św. Mikołaju,
Mam na imię Wincent.
Piszę do Ciebie list w imieniu swoim i braci: Kostka i Gacka.
Normalnie byśmy nie zawracali Ci głowy, ale mamy informacje iż w najbliższych dniach
będziesz w naszej okolicy, stąd nasza prośba.

Ja bardzo proszę o:
1. Troszę pasty odkłaczającej, bo bardzo lubię.
2. Proszę 15,5 rodzynki.

Kostek bardzo prosi o:
1. Dużo rodzynek.
2. Dużo żurawinki.
3. I żeby nie musiał się tym z nikim dzielić.

A Gacuś skromnie prosi o:
1. O to żeby już na zawsze zniknęła krata z dzrwi i już zawsze mógł uciekać do kuchni.

Bardzo na Ciebie czekamy.
Winuś, Kostek i Gacuś.


Zostawiliśmy list na parapecie.
Rano już go nie było. Oczywiście Kostek miał czuwać, by zobaczyć sanie i renifery - i co? ZASNĄŁ!


Następnego dnia znaleźliśmy odpowiedź od Mikołaja.
Zaraz, zaraz odpowiedź?!

Kochane królicze smerfy!

Zawsze działam w porozumieniu z rodzicami, jeśli chodzi o prezenty. I zawsze mam ten sam warunek,
trzeba być grzecznym, a więc:
Wincencie - musisz skończyć z siusianiem poza kuwetę.
Konstanty - musisz przestać dokuczać Gackowi!
A Ty Gacuś musisz skończyć z ucieczkami do kuchni.

Do zobaczenia 6 grudnia.
Św. Mikołaj



O jacie, twarde warunki, czy prawo w ogóle pozwala na takie warunki? Hmmm…

Zostawiam Mikołajowi krótką notatkę w odpowiedzi.

Drogi Św. Mikołaju.

Jesteśmy tylko trzema słodkimi króliczkami, które zawsze starają się być grzeczne.
Na nasza obrone napiszę, iż nie ważne Św. Mikołaju, czy nasikałem na dywan wczoraj,
nie ważne czy nasikałem dzisiaj.
Najważniejsze czy nasikam jutro.

Grzeczne króliczki: Winuś, Kosiek, Gacuś.

Królik miniaturka




* * *



19.12.2012


6 grudnia wieczór...


Renifery? Nie widziałem.
Sanie? Też nie.
Świętego Mikołaja? Nic z tego, ale był!
Dowód? Zostawił wszędzie rodzynki i żurawinki, rodzynki i żurawinki i znów rodzynki i żurawinki...
Mało zadowolony jest tylko Gacuś.
Krata ma się dobrze i nadal stoi w drzwiach.
Powiedział że się nie podda i za rok znów będzie oto wnioskować.
Może na stanowisku Św. Mikołaja będzie wtedy ktoś bardziej kompetentny i się dogadają, kto wie...
Królik miniaturka Królik miniaturka




* * *



26.09.2013


Jestem samozwańczym pisarzem i nieskromnie powiem, że mi to wychodzi.
Mam fanów i to prawdziwych bo tylko tacy mi zostali biorąc pod uwagę brak systematyczności mojej twórczości.
Nie do końca wszystko jest tak perfekcyjne, ja tworze ale mój menadżer z braku czasu nie publikuje.
Wylej menadżera powiecie.....nu nu nu to moja ukochana mamusia !!!
Patowa sytuacja, mamusia się poprawi...ale stymulacja ...hmm czemu nie.
Dostałem nominacje do "złotej maliny" w kategorii najgorszy blogera roku.
Hmm...?
Mamusia wygooglowała : Złota Malina (ang. Golden Raspberry Award, skr. Razzie)
"nagroda" przyznawana najgorszym filmom. Uzupełnia przyznawane co roku nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej (Oscary).
26 września w dzień królika przyznawana dla "najgorszego króliczego blogera roku.
Mamusia kiwa głową...ojo joj nie jest dobrze. Bądź tu kowalem własnego losu,
a szerzej to mój "sukces" jest z kuźni mojej mamusi haha
Dobrze wielka rzecz, pójdziemy zobaczymy :)
Wielki dzień 26 września, dzień ku czci osobnika mojego gatunku.
Największe i najważniejsze święto w roku, a ja czesze czuprynę przed owa gala.
Wygram czy nie klasa musi być.
Sala wypełniona po brzegi, czyjaś porażka ma swoich fanów hihihi duszno, złe znoszę takie klimaty.
Oficjalne wyjścia -tez nie lubię, właśnie doszedłem do takiego wniosku.
Czekając, na rozpoczęcie gali rozmyślałem nad systematycznością, szczerością, chęcią dzielenia się swoimi przeżyciami,
potknięciami i...

Panie Panowie, "złota malina" w kategorii najgorszego blogera roku 2012/13 trafia do ta ram tam tam WINCENTA N.
Ha, jeszcze nie zdążyłem ucieszyć się że przechodzą do sprawy bez bzdurnych tańców śpiewów i żarcików,
kiedy powolnie wstawałem i z podniesionym omykiem kicałem na scenę. Widownia zachowywała klasę,
słychać było tylko rechot mojego tatusia, który sam mnie nominował do tej nagrody (dzięki tato) i kilku gwizdów,
w sumie mieszkamy jednak w całkiem kulturalnym kraju.
Miałem dwa wyjścia, uciec -to nie w moim stylu, albo spojrzeć w oczy wszystkim fanom,
którzy nadal we mnie wierzą i pokazać im, że Wincenty N. jest blogerowo nie-za-ta-pia-lny.
Do kicałem na scenę i podchodząc do mównicy z podniesionym czołem i omykiem miałem tylko jedno zdanie do powiedzenia:
"PRZEPRASZAM, CZY OWA MALINA MOZE BYC SUSZONA? NIE PRZEPADAM ZA ŚWIEŻYMI ".


Wycinek z gazety.

Królik miniaturka




* * *



26.11.2013


Witajcie... prószy śnieg za oknem, nawet kaloryfer już ciepły... My, jak co każdy wieczór , spędzamy z rodzicami.
Jemy kolacje, a rodzice rozmawiają, śmieją się i sprzątają nasz bałagan. Kiedy brzuszki są już pełne,
kładziemy się wygodnie a wtedy mamusia nas tuli i opowiada bajki. Dziś była piękna bajka...
Dlatego postanowiłem ją Wam opowiedzieć...
Usiądźcie wygodnie , wyciągnijcie tylne skoki i słuchajcie...
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, w lesie mieszkają Piernikowe Wróżki.
Pewnej nocy, Wróżki te miały sen. Tak piękny , że gdy się obudziły postanowiły go wcielić w życie.
Swoim pięknym i powabnym śpiewem poprosiły o pomoc Wróżki z innych lasów. A ich wspólna praca sprawiła,
że oto ich oczom ukazała się chatka... chatka z piernika. Nazwały ją "Piernikowym Azylem".
W "Piernikowym Azylu" miały zamieszkać wszystkie króliczki, których nikt nie kocha,
które zostały porzucone, które są chore, które mieszkają w strasznych warunkach...

"Piernikowy Azyl" szybko zapełnił się uszatymi istotami. Każdego dnia Piernikowe Wróżki,
tuląc maluchy do piersi dzielnie udają się do leśnego lekarza, który zawsze przychodzi z pomocą.
Dzielnie sprzątają Piernikowy bałagan i przygotowują smakowite pyszności i co najważniejsze każdego dnia,
pomagają znaleźć prawdziwy kochający dom swym podopiecznym. Nie zapominając przy tym o swoich leśnych obowiązkach.
Nie zawsze jest łatwo i wesoło, ale dzięki wsparciu innych Wróżek i Elfów są siły
i środki na to by udźwignąć każdy trudny dzień...

Kiedy zbliża się zmierzch i w "Piernikowym Azylu" gasną światła, można cichutko,
cichutko podejść... przyłożyć ucho do ściany... słyszysz ?? " puk- puk, puk-puk, puk-puk"

To bicie serca wszystkich bezpiecznych już królików...
Dziękujemy Piernikowe Wróżki !!!
Każdego dnia i Ty możesz być pomocnym Elfem, pomyśl o tym !!!
Jakiś taki śpiący się zrobiłem... a psiiii, a psiiii, a psiiii...


"Piernikowy Azyl"

Królik miniaturka





Copyright@2009-2017 - Miniaturka bez tajemnic. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Bez pisemnej zgody redakcji portalu Miniaturka bez tajemnic kopiowanie treści jest zabronione.
Plagiat jest przestępstwem zagrożonym określoną sankcją na podstawie przepisów prawa autorskiego. stat4u